head photo by cobalt123, license cc: by-nc-sa
Kategorie: Wszystkie | bajeczki | kreatywnie | się dzieje
RSS
sobota, 21 listopada 2009
Wydanie poprawione
Czytam."Wydanie poprawione." Czerwonym tuszem fragmenty z raportów, donosów czy jak temu tam. Przypomniało mi się wydanie "Mistrza i Małgorzaty" (w Muzie?), gdzie zaznaczono tak słowa, zdania, akapity wycięte kiedyś przez cenzurę.

[Zero potrzeby pisania. Notatki z/na zajęcia. XIX g.Owid. pod Pińskiem - Karista, Wiszniewski. Pińsk? Kapuściński. Świat się kojarzy. W środę długie a nudnie pismo formalne, czyli rodzaju, którego organicznie nie znoszę. Ale w sumie - zadowolenie z wykonanej pracy. Zrobiłam-co-mogłam.] 
00:58, fabulitas
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 listopada 2009
O pewnym modnym dodatku
"uwazam je za super rzecz . bardzo ladnie podkreslaja osobowosc woogle sa super polecam wszytkim"

Tak jakieś kociątko skomentowało modę na intelygenckie czarnooprawkowe okularki (czytaj: wariacje na temat raybanów). Osobowość? Chyba osobowość owcy biegnącej za stadem.
09:28, fabulitas
Link Komentarze (1) »
środa, 04 listopada 2009
Telegram
Z wypiekami na twarzy czytam. Herberta. Który to już raz.
22:19, fabulitas
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009
Na wysokich obrotach czyli Festiwalu Miłosza dzień drugi

[Dzień drugi, acz nie cały, Alchemia zostanie na deser. Jutro.]

Dzień drugi festiwalu obfitował w problemy natury logistyczno-komunikacyjnej. Dla nas, biednych (tj. nie rozbijających się taksówkami) i niezmotoryzowanych studentek, a nie dla organizatorów, bo organizatorzy zorganizowali wszystko koncertowo. Opisu zmagań z czasem i przestrzenią oszczędzę.

Spotkanie autorskie Saemusa Heaneya odbyło się u Benedyktynów w Tyńcu. Znad Wisły do Tyńca prowadzi bardzo długa i bardzo wąska ulica Tyniecka, którą w regularnych odstępach czasu przemierza autobus 112. W tym jednym wypadku podróż jest warta wspomnienia. Kiedy zagłębiamy się w dzielnicę Podgórze, czas cofa się, zamiast biec do przodu. Przez przykurzone szyby wypatrujemy szewczyka Dratewki, który w każdej chwili mógłby wynurzyć się spomiędzy zabudowań, spośród wiejskiej zieloności, tak naturalnie, jak słońce wschodzi co rano.

Nie czuć nostalgii starych murów, opactwo w Tyńcu przypomina klasztor Marienthal w Ostritz albo słynny Montserrat. Idealnie przystosowane do wymagań dzisiejszego świata, do oczekiwań odwiedzających. Młody zakonnik robił zdjęcia wielkim i bardzo profesjonalnym aparatem. A droga pod górę była taka obiecująca!

W porównaniu z Jerzym Jarniewiczem Jerzy Illg jest cudownym prowadzącym. Heaney właściwie każdą odpowiedź mógłby zaczynać tymi słowami, co pierwszą: Jeśli dobrze zrozumiałem pytanie... Pan poeta bardzo się starał. Ja konsekwentnie pytań nie rozumiałam, a raczej owszem, rozumiałam o czym mowa, ale wyekstrahować z jarniewiczowskiego monologu pytanie było ponad moje skromne możliwości. Heaney mówił ze swadą i dowcipnie, pięknie swoich słów pewny i swobodny. Publiczność, tym razem bez osób „na Szymborską,” rozumiała po angielsku i żywo reagowała na słowa poety, więc nie było krępujących chwil oczekiwania, aż tłumaczka przetłumaczy i okaże się, że żart był.

Drugi punkt programu – dyskusja panelowa „Poezja i imperium” z udziałem Venclovy, Heaneya, Enzensbergera, Grušy i Ko Una, rozpoczęła się punktualnie o szesnastej w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej. Spotkanie poprowadziła pani profesor Irena Grudzińska-Gross, która (co-za-ulga) potrafi zadawać pytania. Poeci mówili o swoim doświadczeniu imperium. Gruša o zakazie druku po czesku i wyborze języka niemieckiego, Enzensberger o oczyszczaniu tegoż niemieckiego z pozostałości po imperium, Ko Un o okupacji japońskiej, Venclova o zapomnianym imperium i doświadczeniu imperium w historii każdego państwa, Heaney o angielskim w Irlandii i tym, co oznaczało Imperium Brytyjskie dla irlandzkiej kultury, sztuki, tożsamości.

Gdy Ko Un zabrał głos po raz drugi w naszych słuchawkach zamiast głosu tłumaczki przez dłuższą chwilę było słychać tylko jednostronny szum, po czy rozległ się boleśnie wyraźny szept studentki (tak zgaduję) koreanistyki: Nic nie rozumiem!

Gotyckie kościoły są wspaniałym tłem dla wieczorów poetyckich, tyle że w gotyckich kościołach z reguły albo nie ma ogrzewania albo niewiele ono daje. Słuchając Magdy Heydel przedstawiającej w kościele Św. Katarzyny na Kazimierzu bohaterów wieczoru, gratulowałam sobie założenia podkoszulki i ciepłego wełnianego swetra.

Czytanie wierszy przez Ko Una trzeba po prostu zobaczyć. Najpierw wiersz czytał po polsku tłumacz, wyglądający na głęboko nieszczęśliwego. Czytał poprawie, ale dość bez wyrazu, czytał tak, jak się w Europie czyta. Potem ten sam wiersz czytał koreański poeta. I to było INNE czytanie. To było doświadczenie, dotknięcie INNEJ kultury. A kiedy jeszcze zaśpiewał Arirang...

[Instytut Książki zamieścił na jutubie fragmenty relacji z festiwalu, można i Ko Una zobaczyć i posłuchać.]

Christopher Reid zapoznał krakowską publikę z „poezją marsjańską” i Panem Pyszczkiem. Jerzy Jarniewicz stawiając Pana Pyszczka obok Pana Cogito trochę się zagalopował.

Adam Zagajewski to Adam Zagajewski. Podoba mi się jak czyta. Nowy tomik jego wierszy znalazł się na mojej liście książek do kupienia, jak zostanie trochę grosza.

23:22, fabulitas
Link Komentarze (1) »
Kot


A o Miłoszu będzie później, ale dzisiaj, dzisiaj.
17:01, fabulitas
Link Komentarze (2) »
środa, 28 października 2009
Świetlicki rozrabia czyli Festiwalu Miłosza dzień pierwszy


[Relacja nieoficjalna, nieobiektywna, fragmentaryczna i spisana na podstawie notatek, które autorka sporządzała najpierw sącząc dżin z tonikiem w zadymionej knajpie, a potem na hostelowym łóżku, kiedy zdumiona noc ustępowała już miejsca świtowi.]

[Jak ktoś gdzieś w internecie napisał, Festiwal im. Miłosza to taki zabawny festiwal, który zdążył przenieść się z Krakowa do Warszawy i z powrotem, zanim w ogóle się odbył. Były problemy z uzyskaniem finansowania od miasta, jakiś urzędnik stwierdził, że Miłosz nie dość dobry dla Krakowa (bo kontrowersyjny, ze wszystkich ludzi, on, Miłosz, kontrowersyjny – jaka wspaniała groteska, jaka polska!), no i ta zbieżność dat z Festiwalem im. Conrada (który kontrowersyjny najwidoczniej nie jest i może spokojnie patronować, nieładnie podejrzewam, że dlatego, iż umarł wystarczająco dawno).]

[Festiwal rozpoczęło posadzenie dębu Milosza w ogrodach Znaku. Nie byłam i nie widziałam Wisławy Szymborskiej dzierżącej łopatę, ale założę się, że przypominało to sadzenie innych drzewek ku pamięci.]

[Zaraz po przyjeździe do Krakowa udałam się do księgarni Znaku, żeby odebrać wejściówki i muszę tu zaznaczyć, że grafik, który stworzył logo, zaproszenia i plakaty, odwalił kawał dobrej roboty. Eleganckie, czytelne, nowoczesne i... wesołe. Nic spod znaku akademii ku czci.]

Pierwszy dzień festiwalu poza uskutecznianiem zieleni miał dwa istotne punkty – wieczór poetycki Wisławy Szymborskiej, Seamusa Heaneya i Tomasa Venclovy oraz dyskusję młodych (średnio, Andrzej Sosnowski jest w wieku mojego taty) polskich poetów w Alechemii.

Dosłownie na cztery dni przed festiwalem przeniesiono to pierwsze wydarzenie ze Starego Teatru do Opery Krakowskiej; takie było zainteresowanie zaproszeniami. I Operę publiczność wypełniła po brzegi, choć znaleźli się i tacy, co przyszli „na Szymborską”. A ja mam niewątpliwe szczęście siadać przed ludźmi głośnymi i szczerymi. Do bólu.

[Swego czasu na „Śmierci komiwojażera” w Teatrze Dramatycznym dowiedziałam się, że z Gajosa jest straszne ciacho, i och, i ach, i chodzący seks. Dowiedziałabym się pewnie więcej, ale na szepczące zaczęto psykać, bo przedstawienie trwało w najlepsze. Wydawało mi się wtedy, że żeby być fanką w wersji „omg, omg, he's so hot!”, trzeba mieć poniżej piętnastu lat. Ale piętnastolatka tak do Janusza Gajosa? Podczas antraktu moim zdumionym oczom objawiły się dwie eleganckie panie w słusznym wieku.]

Tym razem, na szczęście przed właściwym rozpoczęciem wieczoru, wysłuchałam dyskusji o architekturze, budynku Opery i o tym, że czerwień we Francji to kolor burdeli, ale w sumie też kolor królewski, ale jednak burdeli, a jak czerwień to i złoto, te ozdoby, znaczy, złote. Na koniec, kiedy na scenę weszli poeci, jedna pani uświadomiła drugą panią, że ci tam obok Szymborskiej, to są zagraniczni pisarze i może jej zaraz przeczytać skąd.

Jerzy Illg poprowadził wieczór wzruszająco nieporadnie. Z konferansjerką nic to nie miało wspólnego, ale za to było szczere i sympatyczne, i wprowadziło atmosferę prawie familiarną, co trudno osiągnąć w takich wnętrzach, z takimi gośćmi i jeszcze telewizją na karku. I mimo że na samiusieńkim wstępie usłyszeliśmy o Miłoszu, o cudzie, o Brodskim i o Kołakowskim, udało się uniknąć patosu.

Co mogę napisać o wystąpieniach poetów? Wiersze, które czytali, zostały dobrane pod motyw przewodni festiwalu, czyli zniewolony umysł. U Szymborskiej taki wybór przeszkadzał mi najbardziej. Jak miałam, tak mam z Szymborską problem, odi et amo, i nic nie poradzę. Heaney świetnie czyta. „Wyznanie” Miłosza po angielsku wyborne. Ucieszyło mnie też, że przeczytał „Saw Music” z poświęconemu pamięci Miłosza tryptyku „Out of This World.” Venclovy nigdy nie czytałam (owszem znałam nazwisko, ale gdzie mnie na Litwę) i był dla mnie absolutnym odkryciem. Do domu wróciłam z tomem ”Rozmowa w zimie” i wciąż się zachwycam.

Z czerwieni i świateł wyszłam w zimną noc październikową. Dość zamyślona, żeby nie patrzyć, gdzie idę i dość przytomna, żeby omijać jezdnie. O 22 byłam już w piwnicy Alchemii i piłam niespiesznie pierwszego drinka. Na podwyższeniu, przy stolikach nakrytych białymi obrusami (na moje oko, w stylu babcine-szydełkowe) zasiedli poeci - Tadeusz Dąbrowski, Krzysztof Koehler, Edward Pasewicz, Marta Podgórnik, Andrzej Sosnowski i Dariusz Suska, i prowadzący dyskusję Piotr Śliwiński (zastrzegłszy na początku, że mówić będzie się tylko o poezji). Mimo starań Śliwińskiego o zniewolenie i wyzwolenie dyskusja ledwie zahaczała, ale i tak było ciekawie.

W pewnej chwili przecisnął się pod samą „scenę” pan w płaszczu, postał chwilę, nic nie mówiąc, a potem spytał głośno, czy panowie poeci dostaną zwrot za bilety i od kogo. Tak oto panel w Alchemii zaszczycił swoją obecnością Maciej Świetlicki, który w świetle świec wyglądał jak wesoły, stary diabeł. Przyłączyć się do dyskusji nie chciał, za to, z koniakówką w dłoni, jeszcze dwa razy ją przerywał, aż się jakaś pani oburzyła, że jak to tak, że przeszkadza, że zasłania, a jest ciekawie i ona chce posłuchać, co poeci mają jeszcze do powiedzenia. Oj, no to jestem w Krakowie, pomyślałam. Czytanie wierszy zakończyło spotkanie.

[Ale nie zakończyło nocy.]


źródło obrazka: http://miloszfestival.com/

20:56, fabulitas
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 października 2009
Zanim będzie o czymkolwiek innym
PKP Intercity uprzejmie przeprosiło mnie i wszystkich innych podróżnych za ponad czterdziestominutowe opóźnienie (pociąg już w Krakowie rozminął się z rozkładem jazdy, później, a jakże, staliśmy przez dobre pół godziny w polu). Już pal licho, gdzie sobie mogą te przeprosiny wsadzić, ale co to w ogóle znaczy, ze przeprasza się uprzejmie? Czyżby czasem przepraszało się nieuprzejmie? Ale to zdaje się nie są przeprosiny.

Obeszłabym się bez przeprosin, jeśli wyrecytowanie formułki przez głośnik  - "mówię, co mówię, bo tak mam w regulaminie, a że mam to w de i tak każdy wie" - uznamy za przeprosiny, ale czasu, który straciłam, nikt mi nie zwróci. Ani nie zrekompensuje.

A tak przy okazji, zwykle ignoruję wygląd przestrzeni miejskiej, a już szczególne brzydkiej przestrzeni warszawskiej, ale czekając na 512 miałam okazję popatrzeć sobie na kolorowe podświetlenie Pałacu Kultury. Bardzo to tandetne, bardzo, wygląda jak coś, co mogło się "przydarzyć" w którymś bardziej psychodelicznym odcinku Power Rangers.

Wracam do spisywania wrażeń z Festiwalu Miłosza.
12:36, fabulitas
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 października 2009
Pakowanie?
Jeszcze nawet nie dotknęłam plecaka. W sumie, jak się jedzie na te trzy dni, nie ma sensu pakować nie wiadomo czego. Ale rano pociąg nie będzie czekał, aż odnajdę koniecznie-koniecznie potrzebne coś, o czym przypomnę sobie w ostatniej-najostatniejszej chwili.

Oj, ale się cieszę!

Relacji z festiwalu nie obiecuję, bo u mnie z dotrzymywaniem obietnic... tak źle nie jest, za to z czasem...

Gra: Myslovitz - Kraków (bez Grechuty, chociaż wersję z Grechutą też bardzo lubię, jest taka, taka z Grechutą! ;-))
23:55, fabulitas
Link Komentarze (1) »
środa, 21 października 2009
Refleksja po małym przeglądzie prasy
Albo jesteś niemoralny albo jesteś niemedialny.
22:35, fabulitas
Link Komentarze (1) »
Myślami już jestem gdzie indziej
Jadę do Krakowa na Festiwal Literacki im.Czesława Miłosza. Zapowiada się interesująco, zresztą, każda okazja jest dobra, żeby powłóczyć się po starej stolicy.

Turnaua ani Piwnicy jeszcze nie słucham. Na razie gra pierwszy krążek grupy Evans Blue.

21:45, fabulitas
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5