head photo by cobalt123, license cc: by-nc-sa
Blog > Komentarze do wpisu
Świetlicki rozrabia czyli Festiwalu Miłosza dzień pierwszy


[Relacja nieoficjalna, nieobiektywna, fragmentaryczna i spisana na podstawie notatek, które autorka sporządzała najpierw sącząc dżin z tonikiem w zadymionej knajpie, a potem na hostelowym łóżku, kiedy zdumiona noc ustępowała już miejsca świtowi.]

[Jak ktoś gdzieś w internecie napisał, Festiwal im. Miłosza to taki zabawny festiwal, który zdążył przenieść się z Krakowa do Warszawy i z powrotem, zanim w ogóle się odbył. Były problemy z uzyskaniem finansowania od miasta, jakiś urzędnik stwierdził, że Miłosz nie dość dobry dla Krakowa (bo kontrowersyjny, ze wszystkich ludzi, on, Miłosz, kontrowersyjny – jaka wspaniała groteska, jaka polska!), no i ta zbieżność dat z Festiwalem im. Conrada (który kontrowersyjny najwidoczniej nie jest i może spokojnie patronować, nieładnie podejrzewam, że dlatego, iż umarł wystarczająco dawno).]

[Festiwal rozpoczęło posadzenie dębu Milosza w ogrodach Znaku. Nie byłam i nie widziałam Wisławy Szymborskiej dzierżącej łopatę, ale założę się, że przypominało to sadzenie innych drzewek ku pamięci.]

[Zaraz po przyjeździe do Krakowa udałam się do księgarni Znaku, żeby odebrać wejściówki i muszę tu zaznaczyć, że grafik, który stworzył logo, zaproszenia i plakaty, odwalił kawał dobrej roboty. Eleganckie, czytelne, nowoczesne i... wesołe. Nic spod znaku akademii ku czci.]

Pierwszy dzień festiwalu poza uskutecznianiem zieleni miał dwa istotne punkty – wieczór poetycki Wisławy Szymborskiej, Seamusa Heaneya i Tomasa Venclovy oraz dyskusję młodych (średnio, Andrzej Sosnowski jest w wieku mojego taty) polskich poetów w Alechemii.

Dosłownie na cztery dni przed festiwalem przeniesiono to pierwsze wydarzenie ze Starego Teatru do Opery Krakowskiej; takie było zainteresowanie zaproszeniami. I Operę publiczność wypełniła po brzegi, choć znaleźli się i tacy, co przyszli „na Szymborską”. A ja mam niewątpliwe szczęście siadać przed ludźmi głośnymi i szczerymi. Do bólu.

[Swego czasu na „Śmierci komiwojażera” w Teatrze Dramatycznym dowiedziałam się, że z Gajosa jest straszne ciacho, i och, i ach, i chodzący seks. Dowiedziałabym się pewnie więcej, ale na szepczące zaczęto psykać, bo przedstawienie trwało w najlepsze. Wydawało mi się wtedy, że żeby być fanką w wersji „omg, omg, he's so hot!”, trzeba mieć poniżej piętnastu lat. Ale piętnastolatka tak do Janusza Gajosa? Podczas antraktu moim zdumionym oczom objawiły się dwie eleganckie panie w słusznym wieku.]

Tym razem, na szczęście przed właściwym rozpoczęciem wieczoru, wysłuchałam dyskusji o architekturze, budynku Opery i o tym, że czerwień we Francji to kolor burdeli, ale w sumie też kolor królewski, ale jednak burdeli, a jak czerwień to i złoto, te ozdoby, znaczy, złote. Na koniec, kiedy na scenę weszli poeci, jedna pani uświadomiła drugą panią, że ci tam obok Szymborskiej, to są zagraniczni pisarze i może jej zaraz przeczytać skąd.

Jerzy Illg poprowadził wieczór wzruszająco nieporadnie. Z konferansjerką nic to nie miało wspólnego, ale za to było szczere i sympatyczne, i wprowadziło atmosferę prawie familiarną, co trudno osiągnąć w takich wnętrzach, z takimi gośćmi i jeszcze telewizją na karku. I mimo że na samiusieńkim wstępie usłyszeliśmy o Miłoszu, o cudzie, o Brodskim i o Kołakowskim, udało się uniknąć patosu.

Co mogę napisać o wystąpieniach poetów? Wiersze, które czytali, zostały dobrane pod motyw przewodni festiwalu, czyli zniewolony umysł. U Szymborskiej taki wybór przeszkadzał mi najbardziej. Jak miałam, tak mam z Szymborską problem, odi et amo, i nic nie poradzę. Heaney świetnie czyta. „Wyznanie” Miłosza po angielsku wyborne. Ucieszyło mnie też, że przeczytał „Saw Music” z poświęconemu pamięci Miłosza tryptyku „Out of This World.” Venclovy nigdy nie czytałam (owszem znałam nazwisko, ale gdzie mnie na Litwę) i był dla mnie absolutnym odkryciem. Do domu wróciłam z tomem ”Rozmowa w zimie” i wciąż się zachwycam.

Z czerwieni i świateł wyszłam w zimną noc październikową. Dość zamyślona, żeby nie patrzyć, gdzie idę i dość przytomna, żeby omijać jezdnie. O 22 byłam już w piwnicy Alchemii i piłam niespiesznie pierwszego drinka. Na podwyższeniu, przy stolikach nakrytych białymi obrusami (na moje oko, w stylu babcine-szydełkowe) zasiedli poeci - Tadeusz Dąbrowski, Krzysztof Koehler, Edward Pasewicz, Marta Podgórnik, Andrzej Sosnowski i Dariusz Suska, i prowadzący dyskusję Piotr Śliwiński (zastrzegłszy na początku, że mówić będzie się tylko o poezji). Mimo starań Śliwińskiego o zniewolenie i wyzwolenie dyskusja ledwie zahaczała, ale i tak było ciekawie.

W pewnej chwili przecisnął się pod samą „scenę” pan w płaszczu, postał chwilę, nic nie mówiąc, a potem spytał głośno, czy panowie poeci dostaną zwrot za bilety i od kogo. Tak oto panel w Alchemii zaszczycił swoją obecnością Maciej Świetlicki, który w świetle świec wyglądał jak wesoły, stary diabeł. Przyłączyć się do dyskusji nie chciał, za to, z koniakówką w dłoni, jeszcze dwa razy ją przerywał, aż się jakaś pani oburzyła, że jak to tak, że przeszkadza, że zasłania, a jest ciekawie i ona chce posłuchać, co poeci mają jeszcze do powiedzenia. Oj, no to jestem w Krakowie, pomyślałam. Czytanie wierszy zakończyło spotkanie.

[Ale nie zakończyło nocy.]


źródło obrazka: http://miloszfestival.com/

środa, 28 października 2009, fabulitas
Komentarze
2009/10/30 15:57:26
Suspens rozumiem, ale to już druga doba:)